Inspiracje

Porcupine Tree – „The Sky Moves Sideways” (1995). wszystko, czego dotknie ręka Stevena Wilsona, zamienia się w złoto. Porcupine Tree to jego główna formacja, a „The Sky Moves Sideways” to jej najważniejszy album. Zawiera głównie długie kompozycje pełne elektronicznych pejzaży. Ze względu na zbyt często pojawiające się porównania z Pink Floyd, na późniejszych płytach Porcupine Tree ma już inne oblicze. Mostly Autumn – „The Spirit Of Autumn Past” (2000). Trzecia i najlepsza płyta często porównywanej z Camel brytyjskiej grupy. Mieszanka delikatnego, neoprogresywnego grania i folkowych rytmów, bogato ozdobiona skrzypcami i fletem, a także cudownym głosem Heather Findley. Zachwyca zwłaszcza okraszony dziecięcymi chórkami, wspaniały utwór „Shrinking Violet”. Sylvan „Posthumous Silence” (2006). Dwanaście lat potrzebował rockowy świat, aby powstała płyta na miarę „Brave” Marillion. Zawierający w tekście odniesienia do słynnej poprzedniczki i często muzycznie kojarzący się z nią album niemieckiej grupy został znakomicie przyjęty przez słuchaczy w całej Europie. Jest to oczywiście płyta w pełni oryginalna, a jej poziom muzyczny i przejmująca warstwa tekstowa są na najwyższym poziomie. Wstrząsający, tytułowy utwór mógłby stanowić ozdobę każdego albumu.

Na pograniczu gatunku

Tool – „Lateralus” (2001). Piąty album tego kultowego zespołu dotarł do 1 miejsca listy Billboardu. Dojrzalszy od poprzednich, stanowi idealną mieszankę hipnotycznych rytmów i ostrego, metalowego muzycznego wrzasku. Charyzmatyczny głos wokalisty, kultowe teledyski i częste koncerty w Polsce przysporzyły im w naszym kraju wielu słuchaczy. The Mars Volta – „De-Loused In The Comatorium” (2003). Debiutancki album Amerykanów wstrząsnął całym muzycznym światem. Na pozór przypadkowe, połamane dźwięki z pogranicza jazzu, metalu, rytmów Latino i post-rocka, okraszone histerycznym głosem wokalisty i genialnymi partiami instrumentalnymi, szybko zostały uznane za objawienie i nadzieję dla całego nurtu. Uwaga – płyta nie nadaje się do czytania książki, ani słuchania przed snem. Radiohead – „Paranoid Android” (1997). Radiohead od lat odcina się od progrockowej etykietki, ale nie znaczy to, że ich płyty stają się przez to mniej progresywne. Ta stanowiła przełom zarówno w głównym nurcie rocka, jak i na węższym, progrockowym poletku. Eksperymentalne brzmienia, sporo elektroniki, kilka chwytliwych rytmów, ciekawy wokal sukces był murowany.

Nurt neoprogresywny

Marillion – „Brave” (1994). Płyta uznawana powszechnie za najlepszy album Marillion bez Fisha na wokalu i absolutną klasykę gatunku. Koncepcyjny album opowiada smutną historię dziewczyny, która postanawia rozstać się ze swoim życiem, skacząc z mostu. Na wzór „The Wall” Pink Floyd, uzupełniona została pełnometrażowym filmem, ilustrującym tekstową i muzyczną zawartość płyty. The Flower Kings – „Stardust We Are” (1998). The Flower Kings to wyjątkowo „płodny” zespół, który jednak już dawno popadł w rutynę. Jest specjalistą od długich kompozycji, łączących w sobie elementy rocka, jazzu i folku. Ten podwójny album stanowi kwintesencję ich grania i zarazem najciekawsze dokonanie w całej twórczości. Jej finał, tytułowa suita, to jeden z najlepszych progresywnych utworów lat 90. Galahad – „Following Ghosts” (1998). Album łączy tradycyjne neoprogresywne granie w stylu Camel i Twelfth Night z rozbudowaną, nowoczesną elektroniką. Mieszanka klimatów od progmetalu, przez słodkie ballady, po ambient. Wbrew pozorom, powstałej w ten sposób muzyki słucha się jednym tchem i na długo zapada ona w pamięci.

Progresywne supergrupy

OSI – „Office of Strategic Influence” (2003). Na potrzeby tej płyty swoje siły połączyła cała czołówka progresywnego grania, z muzykami Fates Warning, Dream Theater i Porcupine Tree na czele. Kluczem do sukcesu (album został uznany za jedno z najlepszych progresywnych wydawnictw ostatnich dwudziestu lat) okazał się nowy muzyczny pomysł, łączący ciężkie, progmetalowe dźwięki z bogatymi aranżacjami mistrza elektroniki – Kevina Moore’a. Gordian Knot „Gordian Knot” (1998).Sean Malone, lider death metalowej formacji Cynic, skupił wokół siebie najlepszych instrumentalistów, w tym Treya Gunna z King Crimson i Johna Myunga z Dream Theater. Efektem jest instrumentalna płyta pełna niesamowitych gitarowych popisów, utrzymanych w ryzach klimatycznych, pulsujących rytmów, kojarzących się przede wszystkim z „Discipline” King Crimson. Proto-Kaw – „Before Became After” (2004). Znany z Kansas Kerry Livgren i jego koledzy sprzed 35 lat. Proto-Kaw to zespół, który nigdy nie nagrał płyty. Dziś dziadki (wśród nich trener piłki nożnej i telewizyjny technik) pokazują młodzieży jak grać, łącząc klimat dawnych lat ze świeżością, jaką nie mogą się pochwalić nawet znacznie młodsze zespoły. Znajomość obowiązkowa.

Pólnocne klimaty

Sigur Rós – „()” (2002). Muzyka wykonywana przez islandzki zespół to progresywno-postrockowe dźwięki przyprawione typowo skandynawskim, smutnym klimatem. Zespół trafił jednak z debiutem na odpowiedni moment i jednocześnie okazał się na tyle oryginalny, by przebić się do głównego nurtu. Obecnie ma status międzynarodowej gwiazdy. „()” to trzecia płyta Sigur Rós. Nie zawiera znanych z radia kompozycji, ale zdecydowanie najlepiej brzmi jako całość. Paatos – „Kallocain” (2004). Druga płyta Paatos, wyprodukowana przez Stevena Wilsona, znacznie różni się od debiutu. Zawiera klimatyczne, rozmarzone, ozdobione kojarzącym się z Bjork głosem Petronelli Nettermalm kompozycje, z elementami trip-hopu i innych, nowoczesnych wynalazków. Zdecydowanie warto posłuchać przy zgaszonym świetle. Najlepiej raz drugi trzeci Morte Macabre – „Symphonic Holocaust” (1998). Wspólne dzieło muzyków znanych z Landberk i Anekdoten, inspirowane muzyką z klasycznych horrorów. Wśród utworów, jakie wzięli na tapetę, znajduje się przejmująca wersja kołysanki Krzysztofa Komedy z „Dziecka Rosemary”. Całość zamyka tytułowy, siedemnastominutowy utwór zakończony monumentalną improwizacją w stylu „Starless” King Crimson. Nad całością dominuje oczywiście typowe dla Anekdoten brzmienie mellotronu.

Progmetal

Dream Theater „Awake” (1996). Płyta, uznawana za największy klasyk metalu progresywnego, stała się prawdziwą zmorą gatunku. Powód? Wszystkie nowe zespoły zaczęły grać w ten sam sposób, doprowadzając do ogólnej stagnacji w całym środowisku. Niemniej, żadnej z naśladowczyń nie udało się jej przebić. Takie kompozycje jak „Voices”, „The Mirror” i „Space-dye Vest” weszły do kanonu progresywnego rocka. Pain of salvation – „The Perfect Element” (1999). Zespół, który już wcześniej był uznawany za genialny, tą płytą zniósł konkurencję z powierzchni ziemi. Ta płyta stanowiła dowód, że w metalu progresywnym aby stworzyć wielkie dzieło, nie trzeba koniecznie wzorować się na Dream Theater. Dominują tu monumentalne kompozycje, pełne smutku, pięknej liryki i ciężkiego grania, któremu towarzyszy wspaniały wokal Daniela Gindenlowa. Z kolejnymi albumami było już niestety coraz gorzej. Opeth – „Blackwater Park” (2001). Kiedy gwiazda death-metalowej sceny muzycznej zdecydowała się na współpracę ze Stevenem Wilsonem, wielu powątpiewało w sukces wydawnictwa. Dziś stanowi ono klasykę zarówno ostrego metalu, jak i rocka progresywnego. Na tej pełnej wspaniałych instrumentalnych popisów płycie nawet growling wokalisty brzmi progresywnie. W ciężkie, deathmetalowe kompozycje wplecione są rozmarzone, akustyczne wstawki.

Kanon po polsku

Riverside – „Second Life Syndrome” (2005). Pochodzący z Warszawy zespół to obok Behemotha najpopularniejsza obecnie na świecie polska grupa rockowa. Ich druga płyta, o cięższym od debiutu brzmieniu, stanowi połączenie klimatów Dream Theater, Anathemy, Toola i własnych muzycznych rozwiązań. To właśnie jej sukces zapoczątkował modę na polski rock progresywny. Quidam „Together Alone” (2007). To druga płyta nagrana przez Quidam z, który zastąpił wokalistkę Emilię Derkowską. Wciąż jest to stylizowany na Camel, malowniczy rock na gitary, klawisze i flet, jednak brzmienie jest już znacznie nowocześniejsze, a ma świetny angielski akcent, co znacznie zwiększyło zainteresowanie tą płytą na zachodzie. Indukti – „S.U.S.A.R” (2005). Warszawski zespół instrumentalny, lubujący się w skomplikowanych, ciężkich rytmach King Crimson i Toola, okraszonych skrzypcami i orientalnymi wstawkami. W dwóch krótszych utworach wokalnie wspomaga ich Mariusz Duda z Riverside, którego głos świetnie pasuje do klimatu grupy. Satellite „Into The Night” (2007). Trzeci, najnowszy album muzyków, którzy niegdyś tworzyli zespół Collage. Jak zwykle – profesjonalizm pełną gębą. Wokalista, Robert Amirian, jest autorem Fryderyka za napisaną dla Kasi Kowalskiej piosenkę „A to co mam”.